Szkoła, która ogranicza rozwój i jak temu podołać?

Szkoła, która ogranicza rozwój i jak temu podołać?

Autor: Andrzej Mazan
22 maj 2018 / ROZMOWY O EDUKACJI

 

SZKOŁA, KTÓRA OGRANICZA  I JAK TEMU PODOŁAĆ…?

Gdy wypowiadamy słowo szkoła doznajemy ambiwalentnych uczuć i myśli. Bowiem obdarzamy szkołę zaufaniem, ponieważ uważamy, że służy dobru umysłów uczniów, pośrednicząc w przekazywaniu wiedzy. System oświaty na tym zaufaniu buduje swoje miejsce społeczne i konsekwentnie rozszerza zakres swoich praw. Zawłaszcza przestrzeń rozwoju dziecka i podporządkowuje go wymogom edukacji. Zdominował wyobrażenie kanonu wykształcenia i temu celowi podporządkowuje wszystkie środki i metody. Fundament stanowi wiedza matematyczna, przyrodnicza i techniczna oraz metody jej zdobywania. Ponieważ ta wiedza lawinowo się rozwija, to kolejne rządy reformują wciąż podstawę programową zwiększając ilość wiedzy w szkole. Doskonale tę tendencję uchwyciły wydawnictwa oświatowe, które w podręcznikach zasypują dziecko informacjami ważnymi i nieistotnymi bez żadnego uporządkowania mnożąc ilość książek przez ilość stron. To prowadzi do absurdu i powoduje, że plecak polskich uczniów jest najcięższy na świecie. Nieważne w tym systemie jest zdrowie dziecka, ważny jest zysk i wrażenie potęgi wiedzy.

Usiłowanie przekazania jak największej ilości wiadomości powoduje, że zwiększa się czas przebywania dziecka w szkole, zadaje się niewiarygodną ilość pracy do domu, obkłada się dzieci korepetycjami. Jednocześnie wytwarza się mit specjalisty nauczyciela, którego jedynym celem jest przekazanie całej wiedzy ze swojej dziedziny. Sprzyja temu celowi system oceniania, który porównuje uczniów pod względem erudycji naukowej. Wytwarza ogromną presję, któremu poddają się nauczyciele, rodzice i dzieci. Zmierza ona ku podporzadkowaniu dziecka zdobywaniu wiedzy. Następuje odpersonalizowanie dzieciństwa ze wszystkimi jego ujemnymi następstwami w postaci wytwarzania strategii unikania szkoły, kompensacji w przyjemnościach, szukania uznania rówieśniczego a przede wszystkim oderwania od rodziny.

W ciągu ostatnich dwustu lat jesteśmy świadkami przyspieszającego procesu, który możemy nazwać oddzielaniem dziecka od rodziny jak najwcześniej i na jak najdłużej. Ma to swoje określone przyczyny i skutki.

Zasadnicza przyczyna jest prosta. Przychodzące na świat dziecko jest osobą, samodzielnym podmiotem, który w swojej strukturze od poczęcia ma wszystkie organy i władze tworzące organizm cielesno-duchowy. W procesie wzrastania i dojrzewania jest zależne od relacji z innymi osobami, które pomagają mu lub utrudniają doskonalenie się elementów struktury wpływających na jego rozwój biologiczny, uczuciowy, moralny, rozumno-decyzyjny. Dziecko samo wynajduje czynności, które podejmuje lub odstępuje albo też inni je zachęcają, zabraniają, nakazują lub zakazują mu zgodnie z kulturą tych osób i środowiska albo też zamierzonych celów. Podejmowanie działanie jest zawsze ćwiczeniem-pracą, która usprawnia w dobrym lub złym kierunku zaangażowane w działanie elementy organizmu dziecka. Celem całej aktywności dziecka, jako kogoś rozumnego i skierowanego ku osobom jest uzyskanie zdolności do działań moralnych, świadomych i chcianych.

Dziecko jest długo bezbronne i zależne od innych osób. Tym ono jest. Te cechy dziecinności powodują zobowiązania przede wszystkim rodziców, ale w miarę osłabiania ich pozycji ku dziecku wychodzą inne osoby i instytucje. Podejmują działania, które są wyważane pomiędzy interesami osób zaangażowanych w relacje między dziećmi a własnymi aktywnościami dziecka. Gama proponowanych stymulacji może być praktycznie nieskończona, bo plastyczność dzieci jest ogromna. Jesteśmy obecnie świadkami ogromnej ilości bodźców aktywizujących dzieci.   Przy czym proponowane stymulacje wywołują raczej emocjonalną nadpobudliwość. A w wychowaniu i dojrzewaniu chodzi o zharmonizowanie moralne tych działań. Odstąpienie od wymagań moralności generuje bowiem różne formy przemocy.

We współczesnej kulturze mamy do czynienia ze zjawiskiem nadmiernej pomocy instytucjonalnej. W tej dziedzinie panuje radosna twórczość, oparta o społeczne unikanie pytania o prawdziwy sens życia człowieka. Oferuje się cele przyjemne, bądź co najwyżej użytkowe. Opierają się zawsze na jakimś uzasadnieniu najczęściej ideologicznym.  Po dzieci wyciągają ręce nie tylko liczne instytucje państwowe, edukacyjne, kulturalne, sportowe, religijne ale także handlowe wykorzystujące dzieci w celach propagandowych wyznaczanych przez kreatorów mody w ubiorze, gadżetach, muzyce, sylwetce, używkach, zachowaniach obyczajowych. Często chodzi o skierowanie dzieci ku realizacji szybkiego sukcesu czy przyjemności kosztem ich rozwoju fizycznego, psychicznego czy moralnego.

Dziecko we współczesnej kulturze staje się igraszką, zabawką, przedmiotem do wykorzystania przez wiele sił i to tym bardziej i bardziej wyłuskiwane jest z objęć mamy i taty. Przyjmuje się jako aksjomat, że instytucje lepiej niż rodzice wiedzą co jest dobre dla dziecka, (ciekawe skąd?). Uczestniczymy w dziwnym procesie, w którym rola rodziców coraz bardziej maleje aż do całkowitej ich deprecjacji, jaka np. objawia się w określaniu ich reproduktorami. Wywiera się społeczny i polityczny nacisk aby powierzać dzieci mnożącym się instytucjom, od szpitali gotowych w każdej chwili dokonać aborcji dziecka ze względów społecznych, czy żłobków począwszy, do wszelkich instytucji mieniących się pedagogicznymi, rozwojowymi, zdrowotnymi, oferującymi przyjemność jako szczęście.

Szczególnie system edukacyjny oznacza się niezachwianą pewnością, że wie najlepiej co dziecku jest potrzebne. Zdumiewające jest to, że państwa określają podstawę programową jako właściwą dla wszystkich dzieci dla ich wszechstronnego rozwoju!, Tak jakby każdy był taki sam zawsze i wszędzie. Gdyby tak było, nie trzeba by wciąż reformować systemu oświaty, a ponadto warto zadać pytanie: Czy znalazł się uczeń, który nauczył się wszystkiego co szkoła mu podała i czy po przyswojeniu tej wiedzy był wszechstronnie rozwinięty? Nie spotkałem nikogo, kto by potwierdził, że wiedza podawana w szkole jest tą, która wypełnia pragnienie dziecka. Nie spotkałem nikogo, kto chciałby powtórzyć szkolne doświadczenie. Szkoła jako miejsce właściwe dla każdego dziecka jest utopią albo mitologią. Czyż nie jest spektakularną klęską oświaty współczesnej forsowanie pomysłu przez ONZ, UE, MEN społeczeństwa edukującego się całe życie, by wszystkich ogarnąć podstawową dla globalizacji ideą integracji. Szkoła zmusza się wszystkich do jednolitości. Tzn. wszyscy w zasadzie mają umieć to samo i wyznawać takie same aktualne ideologiczne wartości określane przez urzędników czy polityków. Uczynienie szkoły z całego życia, oznacza że pomysłodawcy uważają wszystkich obywateli za dzieci, którym trzeba podawać ideologiczne treści kształcenia, bo zapominają to co było w szkole. Zresztą komu wiedza szkolna do czegokolwiek się przydała poza uzyskaniem pozycji w konkursie świadectw?

Presja wywierana przez szkołę na nieustającą konieczność kształcenia ma swojej początki w reformacji, gdy Luter zarządził, aby szkoły przejęły nauczanie i kontrolę przekazu religii. Została ona wzmocniona przez rewolucję francuską, która od dwustu lat usiłuje wychować nowego człowieka – niewolnika instytucji, utrwalona przez komunistyczne doświadczenie kontroli nad umysłem dziecka przez dobór odpowiednich treści. Bowiem komunistyczni ideolodzy doskonale wiedzieli, że nauczany w szkole przedmiot oddziaływuje nie tylko treścią, ale jak to zauważyli już starożytni Grecy formuje umysł. Tak, że się myśli jak chce, ale myśli tak jak zasady wiedzy wymuszają. Na szczęście zasady wiedzy naukowej są na tyle obce ludzkiemu umysłowi, że są nieprzyswajalne przez ogromną większość ludzkości. Stąd być może pomysł uczenia się przez całe życie, by wciąż przymuszać rozum do ich uznania, by człowiek trwał w redukcyjnym oglądzie samego siebie, by nigdy nie stał dorosły. 

Temu wtłaczaniu wiedzy pomaga popularny mit, że dziecko jest ono niezapisaną tablicą. Trzeba zatem zapisać wiedzą, by je uczłowieczyć. Chodzi przy tym o nauki, które są źródłem postępu technicznego. Tworzy się olbrzymią presję na to aby dziecko posiadało jak najwięcej wiedzy. Państwa budują molochy-systemy oświatowe, które tzw. zdobywaniem wiedzy wypełniają całe życie społeczeństw. Przebywa ono w szkole dużą ilość czasu. Można łatwo obliczyć, że dzieci w szkole do matury siedzą – bo taka jest podstawowa czynność szkolna- na 13 000 lekcjach. Gdy dołożymy czas spędzony w domu na odrabianiu, przygotowaniu, korepetycjach, kursach to do dziewiętnastego roku życia dziecko sprawami szkolnymi jest zajęte przez ponad 20 000 godzin. W szkole liczy się bowiem erudycja i teorie naukowe. Szkoła za pomocą wystawianych ocen wartościuje uczniów. Promuje się tych, którzy potrafią powtórzyć to, co podaje nauczyciel niekoniecznie rozumiejąc przedmiot. Wartości nabiera oportunizm czyli postawa uległości i udawanego posłuszeństwa. Ideałem jest uczeń, który nie sprawia kłopotów szkole, czyli nie opuszcza lekcji. Podstawowym kryterium ocen z zachowania jest frekwencja na lekcjach.

Wraz z upowszechnieniem internetu szybko dostępna informacja w komórce wypiera poszukiwanie zrozumienia. Znika samodzielność pracy a trwa powszechne odtwarzanie. Ustaje oglądanie z natury, poznawanie, doświadczanie, rozumowanie czy wnioskowanie. Siedzenie w szkole, pogoń za mityczną realizacją programu, którego nikt nie jest w stanie spełnić – ani nauczyciel, ani uczniowie, zamyka szkoły na rozwój zajęć sportowych, artystycznych, które usprawniają ciało, opanowują emocje, uspołeczniają. Utopijny cel szkoły, aby nauczyć wszystkiego, wymusza nieustanne reformy, wymyślanie nowych pomysłów dydaktycznych, nowe uzasadnienia psychologiczne. A wszystko dzieje się kosztem dzieci, które muszą to udźwignąć. Chodzi o wysiłek ponad miarę fizyczny, który zaczyna się od niewyspania i wczesnego wstawania, nerwowego poranka, szybkiego śniadania, długiej drogi do szkoły, obciążaniu kręgosłupa przy noszeniu plecaków z książkami, deformowania układu kostnego pokracznym siedzeniem, (bo ile można wytrzymać), brakiem świeżego powietrza w klasie, wzrastającą otyłością i szkolnym niezdrowym jedzeniem, zamknięciem przez większość roku w budynku, nieustannym tłokiem i wrzaskiem na przerwach, zgarbionym siedzeniem na przerwach nad smartfonem, unikaniem zajęć fizycznych, paleniem papierosów.

Dziecko w szkole jest zmęczone fizycznie - siedzeniem godzinami na lekcjach, psychiczne przypadkowością układu lekcji, znoszeniem różnych charakterów i zachowań nauczycieli, próbami podołania nadmiernych wymagań, długim czasem poświęconym na odrabianie lekcji, tworzeniem strategii przetrwania na lekcji, przebywaniem wśród tych samych rówieśników nagminne używających wulgarnego języka, stosujących przemoc psychiczną i fizyczną. Nic dziwnego, że zmniejsza się poczucie własnej wartości, narasta anonimowość i brak serdecznej relacji z nauczycielami, pogłębia się alienacja i poszukiwanie socjalnych rekompensat w relacjach internetowych. Nie ma wzorców osobowych i wychowawczych. Szkoły się prześcigają w rankingach, lecz ukrywają skalę niepowodzeń szkolnych. Ukrywają przede wszystkim to, że wychowują dzieci w lęku.

W dziecku narasta zmęczenie intelektualne spowodowane dużą ilością nauki i godzin spędzanych w szkole i na korepetycjach, trudnością nauczanego materiału, słabością dydaktyczną nauczycieli, niesystematycznością, presją na oceny, niekończącą się nauką w domu bez widocznych rezultatów, rwanym wysiłkiem intelektualnym od klasówki do klasówki, oderwaniem treści nauczania od życia realnego i normalnego, idealistyczną konstrukcją przedmiotów, przypadkowością doboru treści przedmiotów, pogłębiającą się koniecznością obcowania z nauczycielami o różnych systemach wartości, różnej sprawności intelektualnej, wiedzy, umiejętnościach dydaktycznych, motywacjach, wymaganiach, dyscyplinie.

Szkoła toczy również walkę o autorytet. Każda szkoła ma niesłychaną własność jaką jest dążenia do uznawania jej za instytucję, której rodziny mają służyć. Ponadto wytworzyła przekonanie, że nauczyciele są kimś większymi niż rodzice, ponieważ posiadają wiedzę specjalistyczną. Rodziców zastępują specjaliści –nauczyciele, którzy przejmują kontrolę nad umysłem dzieckiem. Ale jak zauważa Arystoteles wspólne dzieci wzbudzają mało zainteresowania, o czym dzieci i rodzice szybko się przekonują. Nauczyciel dobre dzieci uważają za swój sukces, a za złe zachowania dzieci w szkole odpowiadają rodzice. Oni są postrzegani w szkole raczej jako intruzy. Któż zresztą doświadczył miłego przyjęcia w szkole? Rodzice są w szkole kłopotem. Postrzega się ich jako policjantów, którzy usiłują nauczycielom patrzeć na ręce i wymyślać reguły utrudniające życie w szkole. Przyznaje im się kompetencje co najwyżej przedszkolne, czasami wychowawcze, ale broń Boże dydaktyczne czy merytoryczne. Nie istnieje nawet tak możliwość a i nikt o to się nie stara by rodzice byli partnerami szkoły.

 



Dyskusje
3 komentarze/y

Agnieszka Czachowska, 23 maj 2018

Szkoła, która ogranicza rozwój i jak temu podołać?

Andrzeju, to nie szkoła ogranicza, tylko gadżety elektroniczne i nadmiar atakujących zewsząd informacji, w większości demoralizujących. A o demoralizację oskarża się szkołę i nauczycieli. Tymczasem nauczyciele robią wszystko, by dziecko ocalić przed demoralizacją. Takie jest nasze zadanie, misja - pamiętasz? Przecież to nie moj komentarz, tylko Twoje słowa sprzed lat. Sluchaliśmy tych Twoich analiz z zapartym tchem. Mieliśmy robić szkołę z prawdziwego zdarzenia. To Ty pierwszy zrezygnowałeś. Potem miałes kilka różnych koncepcji edukacyjnych, a teraz piszesz artykul, z ktorego wynika, że szkoła jest źródłem zła. Szkoła, o jakiej marzyliśmy i jaką staraliśmy się tworzyć, nie byla źródłem zła. A my nie byliśmy niekompetentni. Jak temu podołać? Robić mądrą szkołę - w teorii i praktyce. Pisać mądre programy i realizować je. Mądre programy to takie, które zawierają niezbędną dawkę wiedzy potrzebną KAŻDEMU - nie dlatego, że wszyscy są tacy sami, tylko dlatego, żeby ocalić kod kulturowy, cywilizację, wspólnotę, te wzory, o których piszesz, także rodzinę... I w praktyce modyfikowac te programy tak, by rosnąca współczesność się w nie wpisywała w sposób naturalny - na fundamentach przeszłości. I konsekwentnie WYMAGAĆ spełnienia niezbędnych warunków przynależności do kręgu cywilizacyjnego, a nie zwalniac ze wszystkiego w imię ochrony przed przeładowaniem. TO nas zabija: bezradność wobec odmowy nauczenia się czegokolwiek, zrobienia czegokolwiek. I brak narzędzi, by to zmienić. W ten sposób można wykonczyć każdego nauczyciela. Jeszcze mu powiedzieć, że nie nadąża za duchem czasów. Właśnie to robisz w swoim artykule. Nauczyciel nie jest od nadążania, tylko od... spowalniania zabójczego ducha czasów w imię ocalenia człowieczeństwa uczniów. I jak najbardziej ma być mistrzem i przewodnikiem.                       Agnieszka Czachowska

 

 



Komentarze EKSPERTÓW


Brak wyników.

Najnowsze wątki


Informujemy, iż korzystamy z informacji zawartych w plikach cookies. Użytkownik może kontrolować pliki cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies